TheElder.net - Domator

wtorek 23 września 2008 , 6:53 po południu

Pijany jak Polak

Autor: Domator

Widziałem dużo brawury w życiu. Nie na wojnie, w getcie czy wyścigach samochodowych. Cała brawura spływała na mnie, gdy oglądałem pijanych ludzi.
We Francji jest takie powiedzenie: Pijany jak Polak. Oznacza ono kogoś, kto po spożyciu dużej ilości alkoholu, wciąż zachowuje trzeźwe myślenie i w pełni sprawne ciało. Chodzi tutaj oczywiście o kogoś z mocną głową. Bo chyba nikt z nas nie zna osoby, która gdy się upija, to właśnie w taki sposób. Czasami, sporadycznie oznacza to kogoś, kto pod wpływem alkoholu staje się odważny i pełen właśnie brawury.
To śmieszne, bo nawet jeżeli jest to określenie krzywdzące dla polaków (z czym akurat się nie zgadzam), to jest szalenie prawdziwe.
Z tego co zdążyłem zaobserwować, w dzisiejszych czasach polak odważny, zazwyczaj jest pijany. Mam tutaj na myśli głównie tak zwane incydenty miastowe, gdzie dwóch pijaków zaczyna się młócić po ryjach, bo ktoś krzywo spojrzał albo odpyskował na zaczepkę.
Całkiem niedawno dwóch moich znajomych oberwało po baniaku, bo jeden wysiadł z autobusu żeby kogoś zdzielić. Drugi w tym czasie butelką piwa zablokował drzwi żeby autobus nie uciekł. Na prośbę o odblokowanie drzwi padło tylko coś w stylu “nie i chuj!”. Wynik? Kop na ryj i udo po opuszczeniu autobusu oraz siedem szwów dla jego towarzysza, który był tymczasowo poza pojazdem.
Inny przykład do słynne “solówki”. Ktoś kogoś zdenerwuje i obaj gotowi są wyjść na zewnątrz i zacząć się bić. Wiem, bo sam już kilka razy w ramach obrony honoru wyzywałem ludzi do walki. Autentycznie, podwijałem rękawy od koszuli i gotów byłem dostać po ryju za jakieś pijackie fanaberie. Teraz tak myślę. Bo wtedy te fanaberie były najważniejszymi sprawami na świecie. W towarzystwie ludzi wokół których się obracam mamy na celowniku parę osób. I zawsze gdy ktoś o nich wspomni, a ktoś inny jest już wstawiony można usłyszeć, że zmiótł by go w kilka sekund. Jesteśmy największymi zabijakami, ale kiedy te osoby czasami przyjdą rzucamy tylko tekstami o nich, gdy ci odejdą. Nie ma pojęcia dlaczego. Może po prostu nasze siły nie są zsynchronizowane z ich wizytami?
Pijani jak Polacy wchodzą na drzewa, zrywają ze swoimi kobietami, obrażają wszystko i wszystkich, nie ma dla nich świętości - a kiedy już jakieś się pojawią, to są wyolbrzymione do potęgi i broń boże żeby czasami je ktoś poszargał.
Umówmy się: nasza brawura, pod wpływem alkoholu, nie zna granic. I chyba za to lubię być czasami pijany. Bo staję się bohaterem, nie widzę żadnych przeszkód, problemy wydają się tak małe, że prawie nie widoczne.
Ciekawe, czy gdyby armie świata były, co do piechura, schlane to czy nie szli by w bój pewniej. Chociaż podobno pijaka nie da się zabić…
Słyszałem i czasami byłem świadkiem takich sytuacji. Najbardziej bodaj znana wśród moich znajomych to ta, jak pijana nastolatka myli okno z drzwiami i wylatuje na dwór. Problem w tym, że spośród wielu okien będących nieco ponad trawnikiem, ona wybrała to, które ma pod sobą betonowe schody. Powinna nie żyć, powinna jeździć na wózku, powinno ją sparaliżować na mowę. Ona, na całe szczęście, obudziła się w łóżku z kurewskim bólem głowy. Pękła jej czaszka. Dzisiaj podobno i dziewczyna i jej czerep są zdrowe, w pełni sprawni. Czuć nieśmiertelność z każdym krokiem, wystarczy się upić. Bo nie od dzisiaj wiadomo, że jeżeli wmówimy sobie coś bardzo dobrze, to tak się właśnie stanie!
Powiem wam coś, tak na sam koniec. Nie jeden przez to nasze polskie upijanie się, pełne brawury, faktycznie straci życie i zdrowie. Albo doszczętnie te oba spierdoli. Ale jest wśród nas jakiś odsetek, który dzięki odwadze napędzanej wódką pozna swoją przyszłą żonę i może nawet pocznie z nią od razu swoje przyszłe potomstwo. Albo uratuje komuś życie, pozna kogoś wpływowego, spłodzi dzieło życia, jego czyny zapamiętają miliony. I to chyba najbardziej zadziwiająca właściwość alkoholu, jaką poznają tylko nieliczni. Szczęśliwym wybrańcom chylę czoła już teraz i zabieram się do otwarcia kolejnego piwa.

* * *

sobota 6 września 2008 , 5:44 po południu

Być jak Piotruś Pan…

Autor: Domator

No i stało się, z dniem pierwszym września zostałem oficjalnie “tegorocznym maturzystą”. Gratulacje! - odezwie się chórek życzliwych osób. Lecz czy jest czego gratulować?
Matura od dawien dawna przedstawiana jest mi przez każdego, jako coś szalenie ważnego, trudnego i czasochłonnego. Jako coś, co przypomina walkę. Nie można do niej podejść nie będąc przygotowanym. Przepraszam, czy moja szkoła nie przygotowuje mnie na nią od pierwszej klasy, a system edukacji w ogóle od początku podstawówki? - Pytam naiwnie.
A tu się okazuje, że szkoła może mnie co najwyżej kopnąć w dupę, gdy nie będę za bardzo ogarniał swojej wiedzy. Jeżeli nie spędzisz miesięcy z książką w ręku siedząc we własnym domu, to kariera w McDonaldzie, publicznych szaletach albo jako szukającego debilom książek w Empiku stoi otworem!
I zastanawiam się, jaki to ma sens. Dlaczego w szkole nie wbija mi się czystej wiedzy, ale także sposoby na jej przelanie, żeby podobało się oceniającym? Dowiaduję się jak profesjonalnie lać wodę, pieprzyć bzdury i rozciągać zdania by miały jak najwięcej słów. Poglądy piszącego nie są ważne. Ważne jest to, czy piszący trzyma się zasad stworzonych nie dla jego dobra, lecz dla dobra oceniających. Przecież łatwiej jest ocenić setną pracę, gdy ma się wypisane jak krowa na rowie za co przyznawać punkty.

Doznaję właśnie szoku, bo to mój pierwszy kontakt z czymś w miarę dojrzałym i odpowiedzialnym. Gdy stałem się pełnoletnim i pełnoprawnym obywatelem, to jakoś mnie to nie ruszyło. Na cholerę 18-stka takim jak ja? Żeby móc kupić sobie piwo, papierosy i wejść do jakiegoś klubu. Mój dowód osobisty czeka na odebranie od 28 sierpnia. Wszyscy w koło pozdawali egzaminy, mają prawo jazdy, wożą się autami. No, prawie wszyscy. A mnie w ogóle do tego nie ciągnie. Nie tylko panicznie boję się wypadku, ale też wsiadania do samochodu “pod wpływem” (to się chyba wiąże) albo tracenia fortuny na benzynę. I tak oto, jako jeden z niewielu otwarcie mówię, że w dupie mam prawo jazdy. Bo to tylko słowa, rzeczywistość jest inna.
Fakt jest taki, że ja się dorosłości po prostu boję. Przypomina mi się świetna piosenka Toma Waitsa. Jej tytuł to “I don’t wanna grow up“, scoverowali ją później Ramones. Opowiada ona o tym, jakie lęki w dorosłości widzi dziecko, tudzież młody człowiek. A przecież to zajebiste być smarkiem, szczonkiem, gówniarzem, młodzieżówką. Pamiętacie “I’m Eighteen” Alice’a Coopera?
Dlatego tak dobija mnie matura. Pokazuje mi wprost, że coś się kończy i coś się zaczyna. Zaczyna się ten etap życia, gdzie z dnia na dzień nie będzie lżej, tylko ciężej. Może nie zaraz, od jutra, czy dzień po egzaminach. Ale jednak, nadchodzi nieubłaganie i jest bliżej niż kiedykolwiek. I może to nie oznacza końca życia, a wręcz przeciwnie, początek nowego długiego etapu, ale ja czuję, że wcale nie jestem na to gotowy.
“Masz jeszcze mnóstwo czasu” - mówią wszyscy. A chciałbym, żeby było go jeszcze więcej.

* * *

niedziela 24 sierpnia 2008 , 2:35 po południu

PKS we Wronkach

Autor: Domator

Napis (jeden z wielu napisów) na ścianie:

Gosia kocham cię i chcę się z tobą walić

Proste wyznanie, prostego człowieka. Każdy czasami potrzebuje romantyzmu, potrzebuje stać się romantykiem chociaż na chwilę.

* * *

poniedziałek 18 sierpnia 2008 , 4:17 po południu

Gdy obudził mnie Jezus…

Autor: Domator

Zbliżało się południe. I żeby nie było, południe zasłużone, zmęczony byłem bo w wakacje tryb życia prowadzi się bardziej nocny. I na totalnym “obiboku”.
Kiedyś już pisałem (prawda?), że obok siebie mam przedszkole, prowadzone przez bezhabitowe siostry zakonne. Przedszkole nosi imię Jezusa. Myślałem, że w wakacje jest zamknięte, tak jak inne przedszkola czy szkoły. Siostry mieszkające tu codziennie wyjechały sobie gdzieś na wakacje, a w zastępstwie przysłano dwie inne, z trójką czy czwórką dzieci.
Zbliżało się południe, a przez uchylone okno dochodziły do mnie krzyki i piski o niespodziewanych częstotliwościach. To te dzieci, nieświadome co czynią, sprowadzały mnie z powrotem na jawę. Na dzieci budzące mnie w końcówce czerwca miałem prosta metodę. Wystawiałem głośniki na parapet, otwierałem okno i puszczałem najostrzejszą muzykę jaką miałem w zasięgu. Już miałem w rękach album Christ Illusion Slayera, gdy coś we mnie pękło.
Pomyślałem sobie o tych czasach, gdy moja zabawa nie polegała na chlaniu i imprezowaniu ani tym bardziej na szwendaniu się po rozmaitych miejscach. Czasy, gdy sam biegałem w uwalonych spodniach po osiedlu będąc wszystkim. Kowbojem, rycerzem, żołnierzem, He-manem, no każdym.
To były gówniane czasy, bo nie chciałbym znowu być dzieckiem. Ale nikt mi wtedy nie przeszkadzał. Pomyślałem, że lepiej wypić sobie kawę i pójść zrobić śniadanie niż im przeszkadzać.
Dzieci zmyły się już po godzinie. Teraz jest cicho i wspaniale. Tylko, że ja już nie zasnę, muszę znowu czekać na noc. A każda noc zbliża mnie do września. Znienawidzonego, ale przecież nieuniknionego.

* * *

wtorek 22 lipca 2008 , 4:42 po południu

Zdmuchując wszystkie kurze

Autor: Domator

Strzelił nam ponad miesiąc bez żadnej aktualizacji. Zaniedbałem to miejsce, zdążyło się trochę zakurzyć. I nie do końca wiem, czy starczy mi sił żeby jednak to miejsce rozruszać.
W lipcu i sierpniu zawsze czuje się znudzony. Taki chyba urok wakacji, że przez dwa miesiące nic mnie nie mobilizuje, nie napędza i nie karmi. Codziennie to samo, dzień zaczyna się od 20, gdy spotykam się z kimś. Wypijam parę piw, wracam w nocy do domu, idę spać i gdy budzę się w południe muszę znowu jakoś dotrwać do tej 20.
Palę papierosy za garażem i oglądam swoich 80-letnich sąsiadów, jak pracują dzień w dzień na ogrodzie, niezależnie od tego czy jest słonecznie czy jest pochmurno. Nie mają ogrodu pełnego kwiatów i trawy, lecz hodują warzywa. Podziwiam ich za to, że w takim wieku mają siłę by pielęgnować cały ten syf.

tutaj znika duża część tekstu

Po drodze miałem urodziny, zabawa udała się lepiej niż myślałem.
Wszystko w ogóle powinno udawać się lepiej niż myślałem, a jednak jakoś dziwnie się to miesza.
Nie mam siły, nie chce mi się, przepraszam. Może innym razem.

* * *

środa 18 czerwca 2008 , 6:50 po południu

KISS!

Autor: Domator

Musze wam coś powiedzieć: uwielbiam KISS. To nie koniecznie będzie niespodzianką dla niektórych z was.
U mnie wszystko zaczęło się jakieś trzy albo cztery lata temu. Mój chrzestny zaczął kupować jakieś DVD muzyczne, z koncertami, teledyskami, wywiadami. Myśmy akurat kupili piękne DVD i chcieliśmy posprawdzać te wszystkie Dolby Surroundy i DTS-y. Tak się stało, że wśród tych płyt znalazło się DVD KISS, pięknie zatytułowane “Kiss my ass”. Postanowiłem spróbować, zachęcony negatywna oceną właściciela. Też mi się nie spodobało, przynajmniej na początku, a to dlatego, że zaczynało się czarno-białym koncertem z San Francisco z roku 1975. Gdy jednak pokazało się video z Detroit 1992, gdzie grali bez masek, piosenka Love Gun skutecznie podbiła moje serce. A potem już wszystkie pobiły moje serce. I zaczęło się odkrywanie, bo wszystko było skryte wspaniałą tajemnicą. Dlaczego tu w maskach? Dlaczego tam bez? Dlaczego raz z takim gitarzystą, raz z innym. Dzisiaj mam to z bani, orientuję się.

Dla zespołu zaczęło się wszystko na początku lat siedemdziesiątych, gdy zaczynali jako Wicked Lester. W roku 1973 zaczynali jako KISS. Nie od początku szło gładko, ale oto świętujemy ich 35-lecie, w pełni glorii i chwały. Sprzedali 100 milionów płyt na świecie, ich logo warte jest ponad miliard dolarów, ich makijaże to jeden z najbardziej rozpoznawalnych symboli dekady disco, gwiezdnych wojen i właśnie muzyki rockowej. To oni nagrali nieśmiertelny hit I Was Made For Lovin’ You, który jest najczęściej coverowaną piosenka w historii Rock And Rolla. Jak każdy gigant, mieli swoje wzloty i upadki, płyty ciężkie i śmiesznie lekkie. Płyty dziwne i przewidywalne. Płyty wielkie i trochę mniejsze.
Ale umówmy się, że po 35 latach na scenie są muzycznym trupem. Od 10 lat nie byli w studiu, nie wypuścili żadnego albumu. CO jakiś czas rzucają krążki koncertowe i jakieś DVD. Żyją z koncertów, odcinają od siebie kupony. Odtwarzają swój spektakl z najlepszych lat, tak jak teraz robi to np. Iron Maiden. Kwestia każdego z osobna, czy kupuje ten “wehikuł czasu”, czy woli nie oglądać zespołu na takim etapie, kiedy właściwie jest firmą a nie zwykłym zespołem muzycznym. Co ja mówię, KISS nigdy nie był zwykłym zespołem muzycznym.
Ja oczywiście w to wchodzę.
Bo zaczęły się jakieś pogłoski, że przyjadą w europie. Cóż, każdy się napalił, bo nie było ich na starym kontynencie jakieś 8-9 lat. Kiedy się potwierdziło, byłem w niebie.
Zdecydowałem się na koncerty w Pradze i Berlinie. I zdecydował bym się jeszcze raz. I jeszcze. I jeszcze. Nawet gdybym miał oddać nerkę, żeby mieć na bilet.
Pominę wszystkie opisy związane z dojazdami, z rozmowami, ze spotykaniem fanów, z gadżetami i emocjami przed. Bo chociaż to wszystko było wspaniałe, to nie nudzi tylko osób bezpośrednio z tym związanych.

Pragnę też dodać, że poniższe opisy mogą być chaotyczne i doszczętnie subiektywne. Chaotyczne, bo trudno uporządkować sobie tak wielkie emocje (chociaż ten tekst jest poniekąd taką próbą, by to zrobić) a subiektywne, bo trudno zachować mi chociaż cień obiektywizmu przy tak ważnym dla mnie wydarzeniu. To tyle, tak na ostrzeżenie.

Praga - 06.06.2008

Miałem miejsca siedzące, z tego względu, że kiedy zamawiałem bilety ze sklepu to powiedzieli mi, że na Berlin stojące jeszcze mają ale do Pragi na razie nie ma. Ja w pełni gorączki wziąłem siedzące a później stojących pojawiło się bardzo dużo. No ale trudno, pomyślałem, wyszaleję się w Berlinie a w Pradze pooglądam i porównam z DVD, które mam w domu.
Kupiłem sobie koszulki, tourbooka i usiadłem z piwkiem na siedzonku. Powiedziałem sobie, że tylko jedno piwo bo jak mnie w środku dwu godzinnego koncertu nadusi pęcherz to chyba mi uszami poleci, bo za nic nie opuszczę nawet sekundy!
Wpierw zagrał słaby support. Prawdę mówiąc był fatalny, trudno było o gorszy (A jednak! W Berlinie zagrała jeszcze większa kupa!). Zwinęli ich skromny sprzęt w kilkanaście minut, spuścili ogromną czarną kurtynę ze srebrnym logiem zespołu i puścili z głośników Won’t Get Fooled Again zespołu The Who. KISS wziął parę rzeczy od The Who, głównie Stanley, ich frontman. Kręci podobnie jak Pete Townshed “młynki” ręką, gdy gra na gitarze. A gdy wychodzi z samym mikrofonem na konferansjerkę z publicznością, to podrzuca mikrofon i zawija go sobie wokół szyi, dokładnie jak Roger Daltrey.
Kiedy utwór się kończył, ostatnie partie perkusji były już grane przez Erica Singera, bębniarza KISS który siedział na swoim miejscu. I wtedy po ciemnej sali zaczęły przesuwać się snopy światła i po chwili napięcia rozległ się krzyk “ALL RIGHT PRAGUE, YOU WANTED THE BEST, YOU GOT THE BEST! THE HOTTEST BAND IN THE WORLD - KISS!”.
Gitary zaczęły grać Deuce, następnie wielki huk, mnóstwo świateł i kurtyna leci w dół. Widać scenę w całej okazałości, a zespół zjeżdża w dół na wielkiej metalowej płycie. Rozbiegają się po scenie, Gene Simmons krzyczy do mikrofonu “PRAHA!” i zaczyna się na dobre. Już nie ma odwrotu. KISS wszedł na scenę i nie zamierza brać jeńców.
To było dla mnie za silne. Można oglądać każdy ich koncert po sto razy, w najlepszych jakościach. Można rozpracować ich show, wiedzieć kiedy co zagrają, kiedy co wybuchnie. Ale i tak każda następna wybuch jest zaskoczeniem, głośność muzyki jest nieporównywalne i co najważniejsze - nie oddziela cię od zespołu szyba, ten cholerny ekran.
Kiedy doszło do mnie - a doszło bardzo szybko - że to TEN KISS i że to CI muzycy, TEN Paul Stanley, TEN Gene Simmons i że właśnie jestem tam, gdzie chciałem być od długiego czasu to po prostu się ze szczęścia popłakałem. Miałem na twarzy ogromny uśmiech, a po policzkach leciały mi łzy. I tak do końca drugiej piosenki, czyli do Strutter.
Bardzo ucieszyło mnie to, że zespół jest w dobrej formie, która na szczęście do czasu “moich” koncertów im wróciła. Niestety, słyszałem że wcześniej mieli problemy ze zdrowiem a słuchając ich poprzednich koncertów z trasy myślałem, że wypadną podobnie. Czyli nie za dobrze. Ale grunt, że trafiłem na tendencję zwyżkową.
Kolejny plus to to, że grali prawie całą płytę Alive!, która jest moim totalnym numerem jeden. Prawie, bo wycięli trzy kawałki chyba po to, żeby każdy koncert mógł zmieścić się na dwa CD. I tu uwaga, po koncercie (jakieś 10 minut) sprzedawali oficjalnego bootlega na którym nagrany było show, z którego właśnie się wychodziło. Obłęd, technika poszła do przodu i dzięki temu chwile po można nabyć zajebistą pamiątkę.
Koncert obfitował we wszystko, z czego znam KISS. Zespół, gdy daje koncert, czuje się jak ryba w wodzie. Ich zachowanie sceniczne jest na najwyższym poziomie, bo to właśnie koncerty rozsławiły ich na cały świat.
W środku utworu 100,000 Years perkusista mógł popisać się własnym solo. Alive! wyszło w roku 1975 i w zespole był wtedy Peter Criss, a nie Eric Singer. Jego umiejętności były znacznie bardziej ograniczone niż obecnego pałkera. Singer umiejętnie połączył swoje umiejętności z tradycją i w jego solo dało się słyszeć fragmenty sola Crissowego. Tommy Thayer, który zastąpił Ace’a Frehleya niestety już się tak nie popisał. Jego solo było piękną zrzynką z solówek Ace’a. Ale nie samą muzyką KISS żyje, podczas pierwszej solówki perkusja uniosła się nad ziemią, a podczas drugiej Thayer strzelał z gitary sztucznymi ogniami.
Nie popisała się czeska publiczność, którą podczas koncertu kilkukrotnie upominano za to, że jest za cicho albo że siedzi na tyłkach. I słusznie. Ludzie zachowywali się jak w kościele.
Tuż przed wspomniana solówka na perkusji ktoś rzucił na scenę polską flagę. KISS i Polska to temat dość drażliwy, bo po odwołanym warszawskim koncercie w roku 1997 zespół powiedział, że już nigdy w niczym Polski pod uwagę nie bierze.
Flaga została podniesiona przed Paula Stanleya, ten się w nią owinął i grał aż do czasu, gdy popisać miał się sam bębniarz. To bardzo miły akcent, nie ma co wnikać czy wiedział, w co się owija. Być może pomyliło mu się z flagą Czech?
Nie zabrakło żelaznych punktów programu. Gene Simmons pluł krwią i poleciał w powietrze by zaśpiewać I Love It Loud. Paul Stanley przejechał nad publicznością by na małej scence w środku płyty odśpiewać Love Gun. Gdy wracał, udawał że traci równowagę i spada w publiczność.
No i, rzecz jasna, Rock And Roll All Nite z deszczem konfetti. To było wielkie uczucie, gdy cała ta papierowa chmura leciała w ludzi i w ciebie samego. Stanley pocałował gitarę i w pięknym stylu rozpieprzył ja o deski sceny.
To właśnie Rock And Roll All Nite zakończył granie materiału z Alive!, gdy wyszli na bisy to tylko po to, by zaprezentować resztę swoich hitów. W tym i kilka opisanych już powyżej.
Set list był idealny, a gdyby zamiast I Love It Loud pojawił się bardziej klasyczny God Of Thunder to już w ogóle byłby obłęd.
Po obłędnym Detroit Rock City zespół nie wrócił już na scenę. Na tablicy wyświetliło się tylko wielkie “KISS Thanks You”. Czyli to już koniec.
Po koncercie byłem zmęczony, ale bardziej wymęczyła mnie droga niż sam występ. Poszukałem jeszcze straganu na którym sprzedawali nagrany występ, odebrałem płytę i z resztą gadżetów poszedłem na upragnionego papieroska w okolice naszego autokaru. Dopiero trzy dni później, w Berlinie, miałem przekonać się czym jest KISSowe zmęczenie. Siedziałem jak na szpilkach, pierwszy raz w życiu odliczałem dni do poniedziałku - znienawidzonego (co chyba oczywiste) przeze mnie dnia.

Berlin - 09.06.2008

Wszystko układało się idealnie, do czasu, gdy firma oferująca transport z Poznania do Berlina dała dupy. Zabawię się tu w małą antyreklamę. Jeżeli chcecie jechać na koncert “na styk” myśląc całą drogę czy zdążycie w ogóle na rozpoczęcie. Jeżeli chcecie zapomnieć o dobrych miejscach albo o zwiedzaniu miasta przed koncertem to skorzystajcie z usług firmy KLOP BILETY. To tyle. Pod halę zajechaliśmy o godzinie 19, wpuszczano do obiektu o 18:30. Tym razem miałem bilet na płytę i zależało mi na dobrych miejscach.
Pośpiesznie weszliśmy na płytę i okazało się, że od barierek dzieli nas 15 osób. Na scenę wyszedł support. Pamiętacie co mówiłem o supporcie z Pragi? Zapomnijcie. Berliński support przebił w swojej gównowatości wszystko o lata świetlne. Niech zdycha zespół From First To Last, że tak powiem.
Ale na szczęście nie tylko to, co dobre kończy się szybko. Chłopaki (chociaż jest to ryzykownym słowem patrząc na nich) zagrali z 30-40 minut i po chwili znowu wisiała przed nami kurtyna a z głośników leciało The Who. Już na starcie zacząłem śpiewać z osobami stojącymi obok mnie. Myślałem, że to Czesi lepiej się będą bawić. A tu proszę, “Helmuty” pobiły ich na głowę. Kiedy wszystko stało się tak jak w Pradze, czyli spadła kurtyna i zespół zjeżdżał w dół zrobił się delikatny gnój, bo każdy co stał z tyłu chciał być z przodu. Z pomocą kilku łokci skorzystałem z zamieszania i mój dystans zdecydowanie się skrócił. Oto byłem drugi od barierek. Fakt, że widzę swoich idoli, bogów, gwiazdy, świętych na cztery metry przed sobą sprawił, że cały koncert czułem się lepiej niż po flaszce wódy.
Jeżeli chodzi o utwory, to koncert przebiegał identycznie. Różnica polegała na tym, że w Berlinie zespół - co było widać - czuł się znacznie lepiej niż w niemrawej Pradze. Stanley wokalnie dawał z siebie więcej, rzucali kostkami (niestety do samych panienek), pozowali do reporterskich aparatów, których było bardzo dużo.
Nie złapałem kostki. Złapałem za to ból przepony, nogi na 3 cm wbite w dupę i trochę wyruchane kolana. Nie potrafię śpiewać. Nie mam ani głosu, ani techniki. Mogę więc powiedzieć, że ja tylko drę ryja. W Berlinie darłem go na każdym numerze, przepona napieprzała mnie trzy dni po koncercie.
W porównaniu jeszcze do Pragi, w Berlinie zaprezentowali znacznie lepsza pirotechnikę. Wielkie słupy ognia robiły wrażenie, czuło się ciepło stojąc w okolicach barierek. Co muszą czuć muzycy? Na tej scenie musi być z 60 stopni! Na koniec podkręcili tak, że gdy zakończyli Detroit Rock City, to iskry sypiące się z sufitu spaliły im mikrofon.
Znowu jacyś polscy desperaci rzucili flagę na scenę. Niestety, Stanley jej nie złapał. Spadła na ziemię i zaskakująca szybko z niej znikła… Trudno się dziwić, to Niemcy, w dodatku dzień bo naszej porażce z nimi na Euro. Który normalny Niemiec przyjął by to aplauzem?
Po koncercie wypiłem prawdziwe niemieckie szczyny zwane piwem. Po wypiciu zorientowałem się, że za kufelek wypity w mgnieniu oka zapłaciłem 3,5 euro. Pojemność 0,4. Dla mnie cena nie współmierna do jakości, a Niemcy sobie to pili jak smoki.
Gadżety w Niemczech sprzedawano z ocenzurowanym logiem. Biedni Niemcy, słuchają zespołu KIZZ (po cenzurze) od 30 lat.
Na płytach też było ocenzurowane logo, niestety z takim trzeba było kupić. Przynajmniej odróznia się na półce od praskiego koncertu na pierwszy rzut oka.
Na obydwóch koncertach Paul powiedział, że przyjedzie zobaczyć Europę za rok. Czy tylko na urlop, czy z całą kapelą - to się dopiero okaże. Jeżeli wjadą znowu w okolice Polski to zobaczymy się tam na sto procent. To show, ci ludzie i ich muzyka są dla mnie warci każdych pieniędzy.

W podsumowaniu powiem tak: To był mój najważniejszy i najlepszy weekend w życiu. Cały czas jestem pod wrażeniem, nie dociera do mnie że spełniłem swoje marzenie. Każdemu życzę tego, co przeżyłem. Nie świetnego koncertu, ale spełnienia marzeń właśnie. Bo myślę, że to co czułem przez pewne dwie czerwcowe noce, to było dokładnie to.

Oto pełna setlista, taka sama na obydwa występy:

Deuce (kurtyna spada, zespół zjeżdża w dół)
Strutter
Got To Choose
Hotter than hell (Gene bucha ogniem)
Nothin’ To Lose
C’mon And Love Me
Parasite
She (solo Tommy’ego Thayera)
100,000 Years (solo Erica Singera)
Let me go, Rock & Roll
Black Diamond
Rock And Roll All Nite (konfetti, rozpieprzenie gitary)

Shout It Out Loud
Cold Gin
Lick It Up
I Love it Loud (poprzedzono solówką Gene’a Simmonsa i pluciem krwią)
I Was Made For Lovin’ You
Love Gun (Paul “przelatuje” nad publicznością)
Detroit Rock City

* * *

niedziela 1 czerwca 2008 , 3:52 po południu

“Well, the night does funny things inside a man” (Miasto nocą #1)

Autor: Domator

Pisane 22 maja 2008 roku

Noc spędzona w mieście naprawdę jest źródłem wielu dziwnych sytuacji. Bo tacy są ludzie: pijani, rozwścieczeni, zadowoleni, zdołowani, szukający swojego miejsca w grupie.
Nienawidzę centrum a jednocześnie kocham je za to samo, jest ono miejscem do zaspokajania najprostszych potrzeb, jakie ma człowiek wolny od obowiązków. Upić się, naćpać, być łatwym, wytańczonym…
Wczoraj byłem na urodzinach moich znajomych w małym klubie na poznańskim starym rynku. Podczas imprezy nie chcąc płacić 7 zł za piwo chodziłem z kolegą do spożywczego, kupowałem piwko lub dwa i wypijałem je w bramie, albo na wzgórzu Przemysła. Coś co w dzień jest jednym z bardziej znanych poznańskich punktów nocą zamienił się w punkt chlania, szczania pod zabytkowy mur i głośnych śmiechów, które ustawały tylko wtedy, gdy na horyzoncie pojawiała się policyjna suka.
Wróciliśmy jeszcze na chwilę do klubu aż w końcu wyszliśmy na dobre, by pójść to innego miejsca. Nie chcę nikomu robić anty-reklamy, nie będę rzucał nazwami klubu. Kto zorientowany domyśli się natychmiast.
Zatrzymaliśmy się przy dziwnych metalowych drzwiach, by spytać przez telefon o drogę osoby, która była już w środku. Wyszło na to, że budynek z odpadającym tynkiem, wspomnianymi drzwiami uwalonymi farbą w sprayu, brak neonu czy znaku z nazwa knajpy i mała grupką ludzi przed to miejsce, do którego zmierzaliśmy. Nie mogłem w to uwierzyć, a w środku było jeszcze gorzej.
Rozumiem, czy też staram się zrozumieć, tą tak zwaną alternatywę. Bo tacy byli w środku ludzie, taka była muzyka, takie były nawet ściany, stoły i lampy. Tapeta - głęboki PRL, tak jak lampy. Piwo w plastikach, stoły, których blaty na cherlawych nóżkach prawie poddały się już grawitacji. Za to kanapy eleganckie. Na parkiecie, przy kurewsko głośnej muzyce, tańcuje młodzież. Ubrana w różne krzykliwe barwy, stare ortaliony, no po prostu - nie przeciętnie. Nie odbierzcie tego źle, nie chcę tutaj krytykować ludzi dlatego, że ubierają się inaczej ode mnie, słuchają innej muzyki czy zwyczajnie czują inne klimaty. Ja, mimo że jestem ich rówieśnikiem, nie mogłem się odnaleźć. Wszyscy mieli tak spokojne miny, jakby to co się dzieje, było normalne, przeciętne, nie wybijające się. Rozmawiali tak, jakby muzyka wcale nie grała. Ja nie słyszałem co mówią osoby siedzące obok mnie A mi klub kojarzył sie tylko z tym, że ludzie uciekają z dobrych domów by poczuć klimat meliny i napić się piwa z plastikowego kubka. Myślę, że gdyby ściszyć muzykę to było by lepiej, bo ja lubię meliny, tylko bardziej klasyczne. Wole uciekać ze swojego dobrego domu w coś mniej nowoczesnego, równie rozwalonego i cichszego. Rzecz gustu. Albo znowu się czepiam.
Z tego wspaniałego przybytku wyrwał mnie telefon innego kolegi. Oto nadarzyła się idealna okazja by zniknąć po angielsku.
Gdy go spotkałem wróciliśmy na chwile do tego pierwszego, urodzinowego, klubu by wrócić wreszcie do domu. Dołączyła do nas koleżanka. Naszła ją ochota na piwo więc skręciliśmy do całodobowego “Jeżyka”.
To co zobaczyłem pod sklepem, było tak nierealne, że do dziś wydaje mi się to absurdalne. Mniej więcej czwórka kolesi w czapeczkach z daszkiem albo żelem na głowach kopało pod sklepem jakiegoś samotnego podróżnika. Sprzedawali mu kopy, w głowę, pod ramieniem, w rękę, prawie wszędzie. I nie trzymali go, kazali mu uciekać. Gościu wyglądał na, jak to mówią, “bruda”. Padło tam bardzo pamiętne dla mnie hasło: “Nie ważne jak wyglądasz, ważne jak się napierdalasz, łochu”.
W końcu mój kolega do niego podszedł, powiedział po angielsku, a ten jak gdyby nigdy nic odszedł. Nie mogę tego pojąć.
Wiele ulic później, kiedy już sie najedliśmy w przyulicznym kebab-barze i szliśmy na autobus z bułami w ręce, zobaczyliśmy jakąś większą ekipę przed nami i jednego kolesia, ze strasznie upaćkaną od jedzenia mordą, jak za nimi biegnie. Wpierw wyrzucił prawie cały kebab na ziemię i podleciał do grupy, chwycił jednego od tyłu i położył na ziemię.
- Rozdzielcie ich! - dało się słyszeć głosy
- Nie! Zostaw ich! Solówka to solówka!
I się młócili. Ten, który zaatakował uderzał w głowę drugiego z wielką siłą. Słyszeliśmy jak dudni mu w czerepie. Spokojnie przełykając swoje pokrojone mięso w bułce, oczywiście.
Chyba mieszkaniec wielkiego miasta w dzisiejszych czasach jest znieczulony na wiele rzeczy. Zaczynając od przejechanego kota na ulicy, kończąc na bitych ludziach późno w nocy.

* * *

niedziela 18 maja 2008 , 1:25 po południu

Prezent od życia

Autor: Domator

Każdy chciałby dostać czasami coś od życia, na pełnym gratisie.
Wczoraj była noc muzeów, ludzie stali po godzinę w kolejce żeby oszczędzić 7 zł, które normalnie by zapłacili w zwykły dzień, gdzie brakuje kolejek.
Ja dla odmiany robiłem pieczywo czosnkowe na śniadanie. Z paczki z napisem “6 sztuk” wyleciało 7 kawałków. Oto prawdziwy prezent od życia. Na rozpoczęcie nowego, dobrego dnia.

* * *

poniedziałek 12 maja 2008 , 4:59 po południu

A ostrzegali, by nie palić!

Autor: Domator

Dzisiaj będzie o papierosach. Do tematu natchnęło mnie ostrzeżenie, by nie palić na belgijskich camelach.
Umówmy się, że nie wiadomo gdzie tkwi fenomen papierosów. Drogie, szkodliwe jak cholera, nie wprowadza w odmienny stan, tak jak używki pokroju alkoholu czy narkotyków. Osłabia kondycję, powoduje kaszel, drapanie w gardle, kaszel. A najbardziej fenomenalne jest to, że ostrzeżenia na paczkach informują wprost. Tak bardzo, że nie sposób zrozumieć ich dwuznacznie. Popatrzcie sami:

Palenie zabija - trudno o coś prostszego w swojej wymowie.
Chrońcie dzieci - nie zmuszajcie ich do wdychania dymu tytoniowego - coś dla ludzi niekumatych, nie zdających sobie sprawy, że papierosy mogą szkodzić tylko palaczowi. Ale spokojnie, z ratunkiem idzie następny komunikat.
Palenie poważnie szkodzi Tobie i osobom w Twoim otoczeniu - teraz mamy jasność.
Palenie tytoniu może zmniejszyć przepływ krwi i powodować impotencje - aż trudno uwierzyć, że papieros, atrybut kojarzony w prawdziwym mężczyzną (żołnierz, macho, kowboj) może nas tej męskości pozbawić.
Palenie tytoniu może uszkodzić nasienie i zmniejszać płodność - i mamy coś, którzy myślą nie tylko o samym seksie ale i o jego owocach. Zbyt po męsku?
Następne będzie coś dla kobiet.
Palenie tytoniu przyspiesza starzenie się skóry - bo który facet się tym przejmuje?
Palenie tytoniu w czasie ciąży szkodzi Twojemu dziecku - żadnego faceta, chociażby się starał, komunikat ten nie dotyczy.
Mamy też komunikaty z oczywistościami.
Zaprzestanie palenia zmniejsza ryzyko groźnych chorób serca i płuc
albo
Palenie tytoniu silnie uzależnia - nie zaczynaj palić
Coś bestialskiego
Palenie tytoniu może spowodować powolną i bolesną śmierć
Palenie tytoniu zamyka naczynia krwionośne i jest przyczyną zawałów serca i udarów mózgu
No i coś, czego przeciętny człowiek nigdy nie zrozumie
Dym tytoniowy zawiera benzen, nitrozoaminy, formaldehyd i cyjanowodór

Tak, myślę, że to komplikuje jeszcze bardziej wyjaśnienie fenomenu tego nałogu. Facet z rurkamiPodaje się człowiekowi do ręki coś, na czym stoi dosłownie czarno na białym w prostym języku, że można od tego mieć niezłe kłopoty. Myślałem, że to dosyć, że kto wie ten się zastosuje i nie zapali nawet tego pierwszego. Okazało się jednak, ze to co zrobili Belgowie bije rekordy. Mówię szczerze, oglądając takie obrazki za cholerę nie zaczął bym palić. To chyba niezła metoda. Paczkę, którą zobaczyłem dzisiaj rano u kolegi możecie podziwiać po lewej stronie. Kiedy wziąłem od niego papierosa, smakował jakoś tak gorzej. Gdybym nie widział tego pana z rurkami w buzi nie zauważył bym różnicy między innym camelem. Oto jak działa autosugestia.
Tutaj zobaczycie inne belgijskie paczki z tej kolekcji, po wejściu na stronę jedziemy na sam dół i można podziwiać.

Może niedługo wrócę do tego tematu, wydaje się ciekawy. Żeby nie było - nie jestem przeciwnikiem papierosów. Wręcz przeciwnie. Dlatego jeżeli zdarzy się następny raz, moje lenistwo na to pozwoli, opiszę całą tą sprawę z papierosami od mojej i tylko mojej perspektywy.

* * *

niedziela 11 maja 2008 , 1:12 po południu

Własny sennik wyrzuciłem do piwnicy

Autor: Domator

Sny nawiedzają nas codziennie, ale nie zawsze budząc się rano w ogóle o nich pamiętamy. Od kilku dni moje sny wydaja się być coraz bardziej porąbane, co więcej, pamiętam przynajmniej strzępki każdego z nich rano. Nawet dziś, parę dni po śnie, mam te widoki w głowie. Jakbym wspominał ostatnie wakacje, wypad za miasto czy inne przeżycia. Zmartwiło mnie to, postanowiłem poszukać ukojenia w niezastąpionym Internecie.
Czym w ogóle jest sen (no ok, marzenie senne)? Od dziecka mnie to zastanawiało. Rodzice zabraniali mi oglądać niektórych filmów, żebym nie miał koszmarów. A ja i tak je miałem. Nie wiem, czy od gier komputerowych, komiksów czy kreskówek. Najbardziej przerażające sny zawsze powodowały przebudzenie, pozapalanie świateł i biegnięcie do śpiącej mamy. Ale to było dawno, dzisiaj kiedy spotka mnie koszmar to budzę się, mówię do siebie coś w stylu “ja pierdolę”, biorę łyka wody i śpię dalej. Jednak zauważyłem, że z wiekiem koszmary nękają mnie coraz rzadziej, mógłbym policzyć na palcach jednej ręki koszmary które utkwiły mi w pamięci. Albo cholera, nie mógłbym, nie pamiętam żadnego.
Co więcej, większość moich snów mogę kontrolować. Nie tak, że przed zaśnięciem wymyślam sobie historię, bohaterów i tam kieruje wszystkim jakbym robił film. Mój chory umysł rzuca mnie w środek jakiegoś snu i sytuacji a ja wtedy mogę kontrolować siebie samego, i odpowiadać w jakiś sposób na to, co się dzieje. Nazywa się to wg. naukowców snem świadomym, nazwa ta nie jest zbyt wyszukana, jak na możliwości naukowców.
W każdym razie, ostatnio miałem sen, w którym mój przyjaciel obłapywał i całował kobietę, na której mi zależało. Kiedy to zobaczyłem to zalała mnie krew. Oderwali się od siebie, przyjaciel minę miał zakłopotaną, przepraszającą, a ona miała typowy suczy uśmiech. Kobiety nie uderzę, wylałem więc na nią piwo (piwo nie trafiło, no cóż, takie realia snów) a na niego rzuciłem się z pięściami (też nie trafiałem). Potem szliśmy polem i rozmawialiśmy o całej tej sytuacji. Właściwie to dopiero zaczynaliśmy kiedy nagle śpiący ja zorientował się, że to sen i nie ma co się martwić. Doznając lekkiego szoku obudziłem się.
Dzisiejszej nocy śniła mi się koleżanka, która przyszła na imprezę zupełnie naga. Jako jedyny z gości wlepiałem w nią gały, reszta zachowywała się jakby nigdy nic. I dodatkowo miałem wrażenie, że ona mnie prowokuje i stara się mnie nagrzać. Obudził mnie jakiś trzask drzwiami w domu. Nie dobrałem się do niej.

W domu mam dwa senniki. Nie mam pojęcia skąd się wzięły, kiedyś po pobudce sprawdziłem sobie znaczenie. Cóż, były ułożone jak w horoskopie czyli “miłość czai się na każdym kroku, patrz pod nogi by jej nie minąć”, albo “możesz zbić fortunę, uważaj by nie przespać okazji”. I łatwowierny człowiek powie sobie: “nie uważałem, straciłem - horoskop się sprawdził, wygrałem - znowu się sprawdził!” Dzisiaj senniki leżą w piwnicy, przykryte gruba warstwą kurzu.
Z tego co kiedyś wyłapałem w telewizji, sny to odpoczynek dla mózgu, więc nie mogę mieć ukrytych znaczeń, nie sprawdzają się, nie ostrzegają przed niczym. Ale moja ciotka tego nie akceptuje, odkąd przyśnił jej się ktoś, kto w niedługim po śnie czasie umarł. Uważa, że ten ktoś przyszedł się pożegnać z nią w śnie. To mnie rozbroiło totalnie, musiałbym pochować już dawno wszystkich swoich znajomych, rodzinę i oglądać w telewizji pogrzeby sławnych ludzi.
Ciekawa sprawa jest również z tym, czy sny są kolorowe. Moje sny zawsze były kolorowe, nie wiedziałem że w ogóle u kogoś mogą być czarnobiałe. Okazało się, że wszystko to wina telewizji. Mieszkańcy Europy, Ameryki Północnej sny mają w pełnym kolorze, tak jak telewizory. Mieszkańcy krajów biedniejszych muszą śnić w czerni i bieli, tak samo jak oglądać świat w wiadomościach wieczornych.
Kiedy się o tym dowiedziałem, to nasunęło mi pewną myśl. Czy skoro kolory snów zależą od naszego telewizora, to czy człowiek czytający dużo, będzie mógł czytać coś w śnie? Słyszałem, że to nie możliwe, a jednak zawsze w śnie wiem co jest napisane np. na jakieś tablicy. Nie literuje tego, ale po spojrzeniu wiem, widzę litery, widzę słowo. To już czytanie? Może jednak nie, nie wybijam się?

Inna sprawa, że wolałbym nie pamiętać snów. Bo za często mieszają mi się z rzeczywistością. Może nie aż tak, żeby podejść do wymienionej wyżej koleżanki i powiedzieć, że ładnie wygląda nago. Ale np. jakimś śnie zerwałem sobie kawałek sznurowadła, które jako pamiątkę nosze od paru lat na lewej ręce. Rano sie obudziłem, nie zwróciłem na to uwagi a w szkole wpadłem w zdumienie, że sznurówka cały czas była na swoim miejscu! Uczucie towarzyszące zerwaniu (zdenerwowanie) podczas snu było bardzo realne. Czasami mieszają mi się tematy rozmów, mam wrażenie że już z kimś o tym ostatnio rozmawiałem, przypominają mi się podczas spotkań kawałki snów, ich tematyka, jakieś wyrażone poglądy, zasłyszane rzeczy. I nie do końca wiem czy to z jawy czy to ze snu. To naprawdę męczące!

Są jeszcze sny erotyczne, a w nich wszystkie rodzaje dewiacji, które na jawie mogę nawet nie podniecać śniącego. Jezu, czego to ja nie wyśniłem, o czym to ja nie czytałem!
Ale to temat na inną opowieść, bo tą stronę odwiedza także moja rodzina!

* * *
Starsze wpisy »







"Jestem tak spłukany, że nawet nie próbuję się wykręcać."
Tom Waits
BYKOM STOP!Spam Karma 2.3GET FIREFOX!Powered by WordPress